Świąteczne tradycje

Zbliża się wiosna, jeszcze nieśmiało, powoli, zaczyna nas łaskotać coraz mocniejszymi promieniami słońca, żeby już za chwilę oślepić nas zielenią traw i kolorami kwiatów. Jak jajko, z którego wykluwa się pisklę, tak i my rodzimy się do nowego życia pełni nadziei, że wiosna przyniesie coś nowego. Czujemy się młodsi, nawet lepsi, podejmujemy nowe wyzwania, planujemy. Czas wiosenny sprzyja wszystkim zmianom. Cała przyroda ożywa i zdaje się wlewać w nas energię i nadzieję. Czują to ludzie młodzi, dorośli, nawet starsi. Rzadko mówimy o tym, ale wszyscy tego doświadczamy. Na twarzach bliskich dostrzegamy oznaki jakiegoś poruszenia, nowych emocji. To zadziwiające, choć tak normalne, rok rocznie powtarzające się, zjawisko wpisało się w historię naszych wielkanocnych tradycji.
W okolicy Limanowej mieszkają ludzie, którzy pamiętają zwyczaje świąteczne tej okolicy i uwielbiają o nich opowiadać. Opowieści te są bardzo malownicze, a często przeplatane refleksjami i bardzo osobistymi wspomnieniami.


Rysunki wykonała p. Maria

Wielkanoc to czas zmian i porządków - mówi pani Maria, 70-letnia mieszkanka Limanowej. Dzisiaj ludzie już nie przeżywają świąt tak jak dawniej. W czasach mojej młodości początek wiosny łączył się nieodmiennie z tajemnicą śmierci i zmartwychwstania. Kiedy martwe, puste pola zaczynały się zielenić i odradzały do nowego życia myślano, że to cud zmartwychwstania. Wiosenne Święta Wielkanocne poprzedzone były postem i pokutą za grzechy. Ale to był inny post niż obecnie, wtedy pościło się naprawdę. Łączyło się to z tzw. przednówkiem, który był okresem największej biedy na wsi. Kończyły się zapasy zimowe, a matka ziemia nie dawała jeszcze nowych plonów. I w ten sposób natura, wiara i życie łączyła się w jeden logiczny ciąg pokuty, którą ludzie odprawiali bez ociągania się i bez większych narzekań. Odkąd pamiętali, zawsze tak bywało. Tak żyli ich ojcowie i dziadowie. O tak, wtedy ludzie wiedzieli, co to prawdziwy głód.

Ale za to, kiedy zbliżał się Wielki Tydzień - dodaje pan Franciszek, który w tym roku obchodzi 80-te urodziny - zaczynało się na wsi poruszenie. Baby wynosiły na dwór pierzyny, zaś chłopy energicznie uwijali się koło zagrody i na polach. Wielki Tydzień zaczynał się w Niedzielę Palmową. W naszej okolicy długość palm wynosiła często kilkanaście metrów. Wykonywało się je z dużej ilości gałązek wierzbowych, które następnie przystrajano kolorową bibułą i wstążkami. Do dzisiaj zachował się zwyczaj połykania bazi, aby zabezpieczyć się przed bólem gardła. Poświęcone palmy wkładano w strzechy, aby uchronić domostwo od piorunów. Wykonywano też z palm krzyżyki, które następnie wbijano w rolę, co miało chronić od myszy polnych i innych szkodników.

W Wielki Piątek, bez względu na pogodę, przychodził czas wiosennego oczyszczania. Oto dziewczęta - wspomina pani Maria - biegły do potoków i strumieni, aby obmyć twarz i ręce. Woda miała bowiem w tym czasie nadzwyczajną moc: zapobiegała piegom, dawała zdrowie i urodę. Ja sama często jeszcze tak robię.

A gdy nadchodziła Wielka Sobota ludzie przynosili do kościoła: jajka, które stanowiły symbol życia, sól - symbol przymierza z Bogiem, chleb - symbol chleba eucharystycznego - ciała samego Pana, baranka - symbol Chrystusa, wędlinę oraz chrzan - przypominający gorycz Męki. Jajka wielkanocne wykonywało się w ciągu całego Wielkiego Tygodnia. Malowali je i ozdabiali wszyscy domownicy począwszy od dzieci po starców, a służyły nie tylko do ozdoby wielkanocnego stołu lecz również jako tradycyjne zwyczajowe danie oraz rewanż za oblewanie wodą w czasie śmigusa, co świadczyło o wzajemnej sympatii.

Gdy nadchodził niedzielny świt, całe rodziny spieszyły do kościoła, a dźwięk rezurekcyjnych dzwonów rozlegał się po całej okolicy. Pierwsze życzenia składano sobie przy kościele, a później... na wyścigi do domu, by jak najprędzej dopaść stołu po trzydniowej głodówce. Oczywiście na żadnym stole nie mogło zabraknąć oprócz "święconki" tradycyjnej wielkanocnej baby z lukrem oraz trzęsionki zwanej też juchą lub dziadami serwatkowymi. Po obfitym śniadaniu pozostawiono część chrzanu dla pcheł i trochę kiełbasy wężom. Każda gospodyni troszczyła się, by jakimiś okruchami z wielkanocnego stołu nie pożywiły się kury, bo przestawały się nosić.

Natomiast Poniedziałek Wielkanocny był zawsze mokry. Obchodzono go trochę inaczej niż dzisiaj. Śmigus polegał na biciu rózgą po nogach i obfitym polewaniu wodą przede wszystkim dziewcząt i młodych mężatek, a dyngus oznaczał wręczanie datków, najczęściej jajek, stanowiących wielkanocny okup. Często przebieraliśmy się za tzw. "słomiaki" - przypomina pan Franciszek - i śpiewając chodziliśmy od domu do domu. Dziś już mało kto pamięta ten popularny niegdyś na Limanowszczyźnie zwyczaj - dodaje, a pani Maria z rozrzewnieniem wspomina: pamiętam wczesny ranek, drugiego dnia Wielkanocy. Smaczny sen przerwał mi śpiew i dźwięk fletu. Podbiegłam do okna i zobaczyłam dwie postacie ubrane w słomę. Jedna z nich trzymała koszyk wiklinowy, na dnie którego leżały jajka i swawolnym śpiewem dopominała się o napełnienie koszyka. Towarzyszyła jej druga postać grająca na flecie. W domu nastąpiło zamieszanie. Należało podjąć decyzję, kto wyniesie podarunek, bo wiadomo było, że związane to jest z oblaniem wodą przez resztę chłopców schowanych za domem. Oj, wesoło było. Słychać było krzyki i śmiech, bo chłopcy nie darowali nikomu, a szczególnie dziewczętom. Wszyscy wiedzieli, że woda ta miała zapewnić pannom powodzenie i szybkie zamążpójście, a nawet przysporzyć urody. Tak wtedy bywało, ludzie cieszyli się życiem, wiosną i Świętami Wielkanocnymi i dobrze, żeby nadal tak pozostało - kończy pani Maria swą opowieść.
Wiosna na wsi jest niewątpliwie najpiękniejszą porą roku, a Święta Wielkanocne radosnym przeżyciem.
I takich właśnie wspaniałych, radosnych wzruszeń życzę wszystkim czytelnikom.

Małgorzata Bulanda

Dziękuję pani Marii i panu Franciszkowi, którzy pragnęli pozostać anonimowi, za poświęcony czas.